From: "Krait" <krait gazeta.pl>
Subject: Re: o paleniu...
Użytkownik "Kamil Dolny" <gloken o2.pl> napisał w wiadomości
news:eu0vt3$3hl$1 aioe.org...
witam,
mam takie małe i krótkie pytanie. wpierw może się przedstawię.
mam około 30 lat, skończyłem dwa kierunki obie z najwyższą oceną na
dyplomie, właśnie szykuje się do obrony doktoratu. mam żonę, planujemy
dziecko. mieszkamy w Holandii.
jak pewnie wiecie tutaj jest legalne palenie marihuany. i w związku z
tym pytanie. tak się składa, że z żoną palimy jeszcze od czasów liceum,
zazwyczaj przy okazji imprezy albo w sobotę wieczorem w domu. zaczynam
się zastanawiać czy można to nazwać uzależnieniem.
obydwoje nie palimy papierosów (wg. nas są o wiele gorsze), a alkohol
pijemy okazjonalnie, zazwyczaj razem z paleniem marihuany - by odpocząć
po ciężkim tygodniu przy okazji weekendu.
uważamy palenie marihuany za normalną rzecz, tak jak popijanie sobie
piwka. nie nadużywamy i nigdy nas nie ciągnęło do 'mocniejszych' używek.
zadaje to pytanie ze względu na to iż planujemy dziecko. zasadniczo
nigdy nie mieliśmy problemu z 'odpuszczeniem sobie' śmiesznego
papieroska. jednak faktycznie - palimy w zasadzie regularnie co tydzień
w sobotę. czy można nazwać, że jesteśmy uzależnieni?
Jeśli "wyłączenie" tych działań na przykład na rok czy dwa nie sprawi wam
problemu, to nie ma raczej mowy o uzależnieniu. Raczej...
Krait
From: "Okoń" <apawlicki poczta.tp.pl>
Subject: Tradycja
Każdy z nas w życiu ma swoje "pięć minut". Czy warto je zamieniać na
alkohol?
Serdecznie pozdrawiam! :-)
Andrzej
Moje pięć minut
Wszystkiemu winna jest tradycja. Ona była odwieczną sprawczynią moich
nieszczęść. To dzielenie się wielkanocnym jajkiem, zawsze wychodziło mi
bokiem. Ale ten ostatni raz, to już sam przeszedł wszelkie granice
przyzwoitości.. Jeszcze dziś gdy sobie przypomnę, zły jestem na siebie i na
te całe Święta. No bo źle bym to miał siedząc na kolejowej kasie. Ruch
niewielki, pociągi jeżdżą tylko tyle bo jeżdżą. Siedział bym sobie jak u
Pana Boga za piecem. Węgiel, sorty, zniżka na pociąg. Na mundurowych to i
baby przecież inaczej patrzą. Bo to co dzień jakby nie było pod krawatem.
Samo przez się, trzeba i buty wyczyścić i gębę ogolić. Człowiek idąc na
służbę musi wyglądać po człowieczemu, nie jak jakaś łachudra czy też
łazik...
A i samemu jakoś tak raźniej na samą myśl - że ktoś tam na górze myśli za
Ciebie.
Wezwał mnie któregoś dnia zawiadowca stacji i powiada. Nie chcecie to
Jędrzejczyk jechać czasami do sanatorium? Stara Fabisiakowa zrezygnowała i
jest jedno wolne miejsce.
- A co to ja gruźlik jakiś, abym po sanatoriach się musiał wycierać. Gruźlik
nie gruźlik - kolej pokrywa wszystkie koszta, przy tej okazji możecie
grosza zaoszczędzić, świata trochę zobaczyć, a może i kobietę swojego życia
spotkać.
Wiek chrystusowy dawno już miałem za sobą, baba by się więc przydała - bo to
i uprać, pocerować co nie co, czy nawet tej byle jakiej zupiny rozgotować,
to już zawsze przecież lżej. Zimą można by było i ładnych parę wiaderek
węgla przyoszczędzić, leżąc tak sobie razem pod pierzyną.
Zgodziłem się więc, żeby później nie pluć sobie w brodę, że przegapiłem
wyjątkową okazję.
Co prawda martwił mnie dzień rozpoczęcia - bo to początek Świąt
Wielkanocnych.
Zawiadowca uspakajająco tłumaczył mi: to i lepiej - na pewno trafisz na
iście królewskie przyjęcie. W domu byś tego Jędrzejczyk nigdy nie miał...
Ja mu wierzyłem jak ten głupi. Zawsze to przecież wykształcony człowiek. Ma
myślałem lepiej poukładane w głowie niż ja...
Wielkimi krokami zbliżał się dzień wyjazdu. Sam nawet nie wiedziałem, że
ubrań, znaczy się: koszul, kalesonów, skarpet i innych takich rzeczy
nagromadzą się aż dwie wielkie tekturowe walizy. Swoją świetność co prawda
pamiętały jeszcze z lat pięćdziesiątych, ale były mocne, obszerne, a o to
jedno przecież tylko chodziło. Ostatnie części garderoby pakowałem pomagając
już sobie kolanem. Walizy ścisnąłem mocno skórzanymi paskami, aby nie
rozlazły się broń Boże podczas podróży. Dopiero bym sobie narobił ambarasu,
myślałem .
Kilka minut przed wyjściem usiadłem, aby choć na chwilę zebrać rozbiegane
myśli. Zmówić jakikolwiek bądź pacierz.
No i ruszyłem - w myśl powiedzenia : Komu w drogę, temu krzyżyk na drogę...
W dodatkowej foliowej torebce zabrałem ze sobą trochę jadła i picia. No bo
jak by nie było do przejechania miałem prawie połowę naszego kraju.
Nigdy jeszcze nie byłem taki szmat drogi od domu. Siedząc sobie za oknem
pędzącego pociągu, oglądałem przesuwający się niczym filmowa klisza,
krajobraz.
Zdziwiło mnie trochę milczenie podróżnych. Każdy z nas spoglądał przez okno
i udawał, że na coś tam patrzy a może i patrzył, któż to z resztą może teraz
wiedzieć. Pomyślałem tylko sobie : za komuny to nikomu nie zamykała się
gęba. Każdy narzekał i na coś psioczył. A teraz - czyżby ludzie wstydzili
się tego, że dali się tak bez żadnych awantur zrobić w trąbę?
Nie wiem sam czemu przyszły mi do głowy słowa piosenki śpiewanej jeszcze gdy
byłem brzdącem.
Po cichu może to i z tych nerwów nuciłem więc sobie:
"Jeśli chcesz odpocząć, to połóż się pod pociąg a kiedy pociąg ruszy,
zaśpiewaj razem z nim." Dalszych słów za nic nie mogłem sobie przypomnieć.
Aby czas szybciej leciał powtarzałem więc w kółko ten rytmiczny zlepek dwóch
głupich zdań.
Do przedziału wszedł nie znany mi konduktor. Zasalutował i rozpoczął
sprawdzanie biletów. Podchodząc do mnie, spojrzawszy na tekturowy kartonik
zagadnął: kolega na odpoczynek widzę jedzie? Przy okazji oznajmił mi, że
jest nas tu więcej w tym pociągu. Wszyscy do sanatorium. Jakoś tak raźniej
mi się od razu zrobiło, że to i z mojej bądź co bądź trasy będzie kilku
kolegów z tej samej branży.
No.. i jesteśmy na miejscu. Wysypała się nasza kolejarska brać. Poubierana
jak na bal przebierańców. Jedni w garniturach, inni w swetrach z wyłożonymi
kołnierzykami białych koszul, jeszcze inni w ortalionowych płaszczach
najnowszej generacji. To nie to co mundury i kolejarskie czapki. Pełen luz,
blues jak to się mówi.
Walimy zatem wszyscy jak jeden mąż do oddalonego o kilkaset metrów
sanatoryjnego budynku. Razem z nami jest i kilka kobiet, te już w drodze
musiały się zaprzyjaźnić, bo idą rechocąc ze sobą.
Ja mam zakwaterowanie w dwuosobowym pokoju na drugim piętrze. Abym dostał
tylko jakiegoś do rzeczy wspólnika - nie żadną tam ofermę, czy lebiegę myślę
sobie.
Otwieram drzwi i :
Kazik! To Ty? - Ano ja mówię biorąc Józka w objęcia.
Okazało się, że były dwa wolne miejsca, o czym zapomniał powiedzieć
zawiadowca a może chciał nam zrobić niespodziankę? Teraz to już jednak nie
jest to wszystko takie ważne...
Józiu! - Od jutra święta, może byśmy tak zrobili sobie takie delikatne,
skromne jajeczko mówię. Po drodze widziałem małą knajpkę, wzięlibyśmy tak na
wynos jakąś ćwiarteczkę. Jajka ja mam co prawda surowe, ale wziąłem ze sobą
na wszelki wypadek grzałkę nurnikową Śmiało więc można ze dwa ugotować w
niewielkim garnuszku. Święcić nie musimy...
Ot tak aby tradycji tylko stało się zadość...
Niewiele myśląc wstawiliśmy więc jajka, a sami nie tracąc czasu ruszyliśmy
po wspomnianą już wcześniej butelkę.
Na miejscu okazało się, że gorzałka jest i owszem, ale tylko do konsumpcji.
Wzięliśmy więc pół litra, dwa dzwonka śledzia w majonezie i oranżadę, tylko
ze względu na butelkę...
No i jak to się mówi po kielichu..., przy okazji uderzając w gadkę...
Wracając do "domu" naszą uwagę przykuł wygląd unoszącego się nad budynkiem
sanatoryjnym dymu i czerwień straży pożarnej.
Poznałem z daleka wystawione na schody tekturowe walizy i neseser Józka.
No tak - tradycji stało się zadość...
Ze względu na chuch jeszcze tego samego dnia musieliśmy wracać w nasze
rodzinne strony...
Sanatorium powiadomiło telefonicznie zawiadowcę. Zaraz więc po świętach
zacząłem szukać sobie nowej pracy. Kierownictwo nie darowało mi tego wstydu,
który jakoby przyniosłem swoim występkiem, jak oni to nazwali.
W początkach naszej demokracji to i o robotę było łatwiej.
Zostałem więc palaczem w pobliskiej szkole. Nie jestem już pracownikiem
kolejowym a pracownikiem oświaty. Nazwa firmy brzmi co prawda poważniej, ale
deputat, sorty, zniżkowy bilet - diabli wzięli. Nie mówiąc już o
jakichkolwiek choćby marzeniach na znalezienie mojej przyszłej towarzyszki
życia.
Spoglądając tak na ten ogień, nieraz mówię sobie - to chyba złośliwość jakaś
każe mi w niego patrzeć i przypominać - ten pierwszy wielkanocny dzień w
sanatorium.
Spluwam wtedy na pokrytą miałem podłogę i podświadomie wyczuwam jakiś trudny
do określenia żal do zawiadowcy.
Po jasną cholerę dawał mi to całe skierowanie. Czyż ja się o nie
prosiłem?...
Z drugiej strony to każdy z nas ma swoje pięć minut, należy je tylko
odpowiednio wykorzystać...
Dla mnie jak widać najważniejszą rzeczą w życiu jest ta cholerna tradycja...
Andrzej
From: "Ole Bule" <adresmusibyc vp.pl>
Subject: Re: Tradycja
Hmmm... Nie czesto czytam tego rodzaju texty (na internecie) do konca. Twoj
przeczytalem. Skojarzenie z... "Misiem", rzecz jasna, a zarazem pytanie do
Ciebie: czy to jakis epizod z Twojego zycia?
Pozdrawiam!
From: "Okoń" <apawlicki poczta.tp.pl>
Subject: Nikt
Nikt
Miałem dom, dobrze płatną pracę - A dzisiaj co? Zostałem nędzarzem - po
prostu Nikim. Jak do tego doszło? Jak to się stało?
Nie jeden już łamał sobie nad tym głowę a przypadek był prozaicznie prosty.
Była to zwykła "Pycha", najzwyklejsza ze zwykłych "Pycha". Taki diabelski
podszept. Chciałem po prostu, być kimś lepszym od innych i wyszło to mi
przysłowiowym bokiem. Zamiast zjeść coś treściwszego, pójść do kina, lub
chociażby do ZOO. Popatrzeć na stadne życie małp. Nauczyć się czegoś od
nich, liznąć tej małpiej wiedzy, tego instynktu życia w normalności. Nie, ja
pokierowałem się własnym rozumem.
Gdy tak się bardziej przyglądam jednak tej sprawie - to do odpowiedzialności
powinni jeżeli już chodzi o ścisłość pociągnąć też mego kierownika:
Zachciało mu się dobrych uczynków, tej miłości kierownictwa do pracowników.
Co mu wpadło do głowy, z tą moją podwyżką a może i wiedział, że będzie ona
dla mnie jakimś rodzajem kary, pokuty za tą moją milczałokowatość. Znał mnie
przecież od wielu lat. Raz nawet podczas któregoś kolejnego Święta Pracy
byliśmy sobie po imieniu...
Na drugi dzień wszystko wróciło do normy. Znów było Panie Kierowniku, panie
ten no, no ,no... Zawsze zapominał mego imienia, nie mówiąc już o nazwisku.
Rozgadałem się, zostawiając sedno sprawy gdzieś tam na poboczu, ale to
właśnie o nim, chciałbym przecież opowiedzieć. Ku przestrodze innych a
będących niekiedy w podobnie zbliżonej sytuacji.
Zmieniono mi angaż. Z dniem pierwszego stycznia miałem zarabiać o całą
złotówkę i pięćdziesiąt groszy na godzinę więcej. Niby nie wiele, ale już
sama wyższa grupa osobistego zaszeregowania stawiała moją osobę wyżej o
jeden szczebel
w zakładowej hierarchii . Jeszcze kilka takich podwyżek i awans na
brygadzistę zapewniony. Pan Stasio za kilka lat żegnać się przecież będzie z
brygadą i całym tym tatałajstwem będzie musiał ktoś się zająć. No tak, ale
to tylko taka perspektywa, takie niby plany na przyszłość a z planami to
różnie bywa. Często słyszałem, że ktoś tam planował puścić bąka a narobił w
portki...
Mnie jednak wcale nie jest do śmiechu, gdy tak sobie rozmawiam w milczeniu z
Wami. Muszę przecież wyznać do jasnej cholery komuś prawdę. Oczyścić swoją
osobę z podejrzeń i insynuacji.
A więc do rzeczy: Pierwszą po podwyżce pensję dostałem dziesiątego lutego a
już jedenastego nie miałem gdzie mieszkać i poszukiwała mnie policja do
złożenia wyjaśnień...
A co tu było wyjaśniać - wziąłem nogi za pas i tyle mnie widzieli. Z roboty
po trzech dniach nieobecności wypieprzyli dyscyplinarnie na zbity pysk.
Mieszkam a w zasadzie koczuję
na jednym z Warszawskich dworców. Specjalnie nie mówię jakim a nuż całe to
moje opowiadanko wpadnie w niepowołane łapy i czarny chleb z czarną kawą
murowany...
Długo zastanawiałem się, na co przeznaczę te kilka złotych dziennej
podwyżki. Od dawna miałem wszystko przecież poukładane w domowym budżecie :
Tyle to na czynsz, tyle na światło, wodę, bilet miesięczny. Całą resztę
przeznaczałem na bieżącą konsumpcję. Ani żem nie odkładał, ani nie pożyczał.
Wszystko to miałem obcykane jak to się mówi co do grosza. Nie musiałem nic a
nic główkować na co i kiedy mam wydać. Sielankę zakłócił kierownik. Tą swoją
właśnie podwyżką pokrzyżował mi całe moje życiowe plany. No, ale cóż było
robić. Chwyciłem byka za rogi jak to się mówi. Po długiej naradzie samego z
sobą postanowiłem koniec końcem zmienić markę wypalanej codziennie paczki
papierosów. Nic głupszego jak się okazało nie mogłem w swoim życiu zrobić.
Zachciało mi się krajowego produktu, opartego jednak na tytoniu amerykańskim
z niewielkim tylko wtrąceniem naszego rodzimego produktu. Tak głosił napis
na paczce. Z doświadczeń wiem że prawdopodobnie było na odwrót. No, ale sam
przecież wygląd opakowania wiele już dla mnie znaczył, nie mówiąc o
rozchodzącym się wokół zapachem dymku. Teraz po latach transformacji nie ma
już tego typu asortymentu. Przepadł gdzieś razem z zachodnią technologią i
pomysłowością.
Papierosy te miały podnieść mój prestiż, moje samozadowolenie, podziw wśród
kolegów. ( Piszę tak, kolegów choć z każdym z nich zamieniłem ledwo po kilka
zdań ) Już sam nawet dokładnie nie wiem, co ja chciałem przez to osiągnąć...
No ale co się stało to się przecież nie odstanie. W dzień wypłaty wypaliłem
ostatnią paczkę naszych "Klubowych" i zakupiłem "Carmeny". Swoją drogą
ciekaw jestem dlaczego na Klubowych nie było "Clubowe" - tylko tak po
naszemu jak się pisze tak się czyta...
Luty tego roku był wyjątkowo chłodny. Kraj borykał się z rytmicznością
dostaw węgla do osiedlowych ciepłowni.
Priorytet miały huty, elektrownie, olbrzymie miasta...
Któż by tam myślał wtedy o takich zadupiach w postaci maleńkich powiatowych
miasteczek.
Klubowe miały to do siebie, że często wśród tytoniu trafiały się tak zwane
"karpy". Potrafiły one rozerwać z sykiem otaczającą tytoń bibułkę, niekiedy
gasły same z siebie, zmuszając nijako do wielokrotnego sięgania po zapałki.
Carmen tych wad nie posiadał, palił się równo, spokojnie, niekiedy w ciszy
można było usłyszeć tylko szelest spalającej się bibułki. Początkujących
koneserów tego gatunku taki papieros potrafił zrobić w konia. Położony na
skraju popielniczki mógł sam wypalić się do cna. Gdy to już zrobił,
obrzydliwym smrodem palącego się filtra oznajmiał nam swój żart. Dlatego też
nie należało go nigdy wypuszczać z ręki, tylko trzymając leciutko w
palcach - raczyć się jego pachnącym dymkiem. Co prawda bez zbytniego
pośpiechu, ale z wyczuciem i pewnym wrodzonym wdziękiem.
Co do wdzięku to u nas w domu palili wszyscy: zaczynając od starszego brata,
matki, ojca, bratowej a skończywszy na chorej ciotce. Firanki i łachy od
samego początku jak pamiętam przesiąknięte były dymem . Jedynym plusem tego
był całkowity brak korników we wszystkich drewnianych starociach. Widocznie
dym biedaczkom nie służył. Miałem jak widać godnych naśladowania
nauczycieli. Czyżby zgubiła mnie więc rutyna...
Nie wiem? Może tak - może i nie.
Z powodu zimna wlazłem pod kołdrę i z papieroskiem w ręku zacząłem snuć
plany na jutrzejszy dzień. Postanowiłem nikogo nie częstować i nie
przyjmować też żadnych poczęstunków. Wydawało mi się to całkowicie logiczne.
Nie biorąc papierosów, mogłem śmiało powiedzieć: Ja palę Carmeny i inne
poślednie marki nie wchodzą od dzisiaj w rachubę. Papieroski postanowiłem
nosić w górnej kieszonce roboczego drelichu. Była ona wysokości Klubowych
tak że paczka Carmenów zmuszona była nijako ze względu na swą długość
wystawać te dobre kilka centymetrów po wyżej. Paląc sobie delektowałem się
zarówno dymem, jak i błogim ciepłem rozchodzącym się po moim ciele...
Wszystko to trwało niezmiernie krótko. Coś zaczęło mnie parzyć i poczułem
wszech ogarniający mnie smród palącej się kołdry. Za moment tak jak stałem
znalazłem się na podwórku. Chwilę jeszcze patrzyłem na wydobywające się z
potrzaskanego okna kłęby dymu. Słyszałem jak ktoś próbował wskazać mnie
palcem. Później już tylko wycie dwóch ochotniczych straży pożarnych
próbowało przypomnieć mi o moim nieszczęściu...
Resztę już państwo znacie. Powiem tylko, może już tak na zakończenie.
Rzuciłem palenie. No proszę rymnąłem sobie nawet na koniec. Wiem że głupia
sprawa, ale czy nasze życie nie składa wyjątkowo z głupich spraw. To, że
piszę o tym nie jest jakoby donosem na samego siebie. Igraniem z ogniem
chciałem powiedzieć ale w porę ugryzłem się w język. Ot po prostu życie...
Nauka na własnych błędach - chciało by się rzec... Z drugiej strony nic nie
dzieje się samo, w świecie nie ma przypadków...
Andrzej
From: "Okoń" <apawlicki poczta.tp.pl>
Subject: Re: Tradycja
> Hmmm... Nie czesto czytam tego rodzaju texty (na internecie) do konca.
Twoj
> przeczytalem. Skojarzenie z... "Misiem", rzecz jasna, a zarazem pytanie do
> Ciebie: czy to jakis epizod z Twojego zycia?
>
> Pozdrawiam!
Nie, nie jest to epizod z mojego życia. To jest samo życie... Bowiem wielu
"kuracjuszy" wraca z Sanatorium do domu tym samym pociągiem, nie zdążywszy
zażyć kąpieli błotnych. ;-(
Dzięki za przeczytaniu tekstu, no i za ten "miód" na moje schorowane
serce...
Serdecznie pozdrawiam! :-))
Andrzej
From: "Okoń" <apawlicki poczta.tp.pl>
Subject: Re: Od jutra
Użytkownik "Me(L)Isa" <aleksandra.mairron wp.pl> napisał w wiadomości
news:eu0nhn$eof$1 atlantis.news.tpi.pl...
>
> "Okoń"
>
>
> > Od jutra
> >
> (...)
> > klnę się wtedy od jutra nie piję.
>
> obiecanki-cacanki, a głupiemu radość;-)
>
> nooooo, można się było tego spodziewać...
> pisz, pisz Andrzeju, grafomania to najlepszy z nałogów:-));-)
>
> pozdrawiam,
> --
> Me(L)Isa
>
> > Andrzej
Witaj Halinko! To i Ciebie tu przywiało? :-))
Serdecznie pozdrawiam! :-))
Andrzej
From: "Okoń" <apawlicki poczta.tp.pl>
Subject: Palenie można rzucić...
Wyższa matematyka
Pozbycie się nałogu palenia papierosów nie jest prostą sprawą jak by się
mogło wydawać. Ot laik powie wystarczy po prostu zaprzestać kupowania i
zgodnie z zasadą nie masz - nie palisz.
No tak, ale to jest rada laika a nas skręca, nosi z kąta w kąt, aż koniec
końcem idziemy do kiosku po następny wagon "smoczków" jak mawiał mój tata.
Ja potrzebowałem do osiągnięcia celu skorzystać z wyższej matematyki. Cały
ten szereg równań, dziwnych zbiegów okoliczności, musiał ułożyć sam Pan Bóg,
bo to normalny człowiek choćby i z jakimś tytułem, wpadłby na tak oryginalny
pomysł.?. Mówię tak, bo doskonale znam siebie i swoje te niby silne
postanowienia...
Popalanie zacząłem już w podstawówce, ale o żadnym tam jeszcze zaciąganiu
się nie było nawet mowy. Rozpaliłem się na dobre dopiero w wojsku. Te
informacje podaję tak tylko gwoli wstępu.
Któregoś to pięknego dnia zachorowałem na grypę a może to było tylko zwykłe
przeziębienie no, ale mniejsza z tym, nie oto przecież chodzi. Po prostu
zachorowałem i położyłem się do łóżka. By nie marnować czasu wziąłem sobie
trzy poduchy pod głowę, drugą taką samą ilość książek i po tygodniu gorączka
spadła. Narodził się za to tępy jednostajny męczący ból głowy. Zareagowałem
zdawać by się mogło prawidłowo wyciągając kartę do lekarza domowego.
Tekturowy kartonik z numerem osiem schowałem do kieszeni i nie spiesząc się
powędrowałem pod gabinet przyjęć.
Na poczekalni dziki tłum. Więc pytam - kto z państwa jest posiadaczem
numerka siódmego?
Cisza...
W końcu ktoś tam skrzeczącym głosem mówi: kolejka obowiązuje według
kolejności przyjścia. No więc nie pozostało mi nic innego tylko zapytać kto
ostatni, oprzeć się o ścianę i czekać. Byłem chyba ze trzydziesty gdyż w
międzyczasie dochodziły jeszcze te osoby które w bardzo cwany sposób
wykorzystywały wolny czas robiąc zakupy w pobliskich sklepach. No ale w
końcu przyszła kolej i na mnie...
Już , już mam wchodzić a tu wtacza się jakiś ogromny babsztyl i pyta się kto
ma numerek osiem. Ja, odrzekłem nie przeczuwając wiszącej w powietrzu
awantury. Ona na to, bo ja mam siódmy a więc jestem przed panem i na chama
władowała się przede mną do gabinetu.
Myślałem, że mnie zaraz tam na miejscu szlak trafi. No ale na szczęście
długo nie zagrzała i wytoczyła się za chwilę z powrotem.
Teraz ja stanąwszy przed doktorem zacząłem nieśmiało skarżyć się na ból
głowy. Ten zaczął udawać, że mnie nie słyszy a zresztą czort go tam wie.
Kazał zdjąć koszulę, kaszlnąć, przyłożył słuchawkę w okolicę serca i zaraz
kazał mi się ubrać. Ot i całe badanie miałem za sobą.
Jeszcze nie zaciągnąłem paska gdy ten już mnie pouczał:
Pan niech mi tu nie zaprząta czasu swoim bólem głowy, przy tak chorym sercu.
Tu ma pan skierowanie do szpitala, w międzyczasie zrobić prześwietlenie i
EKG.
Teraz to już naprawdę zbaraniałem.
Już w drzwiach wytłumaczyłem żonie w czym rzecz. Ta w płacz, ot nieszczęście
zwaliło się na nasz dom.
EKG robiono w całkiem innej dzielnicy a więc na drugi dzień w drogę, nie
miałem na co czekać.
Tu okazało się, że obowiązują zapisy. Żona więc hyc do pani pielęgniarki ,że
to niby tylko po informację. Już po minie widzę, że jest OK. Zostanę
wyczytany i obsłużony jako pierwszy bez kolejki, że to niby poważny
przypadek.
Zły jestem bo mógł baran napisać Cito i nie było by takiej nerwówki.
No, ale już wzywa mnie pielęgniarka, koszula na krzesełko elektrody i
zaczynamy.
Z zawodu jestem tym co to niby wszystko potrafi i zna się. Aparat włączony a
ja czuję leciutki jeszcze nie wyczuwalny swąd palących się kabli. Kątem oka
zerkam więc na aparat i widzę, że faktycznie z przyrządu teraz już na całego
wali dym. Pani pielęgniarka wyjmuje wtyczkę z kontaktu i koniec przyjęć. Na
poczekalni szum, jakbym to ja był winien awarii.
No nic "EKG" już jest, teraz tylko rentgen klatki piersiowej. Żona ma na
szczęście długopis o kolorze przypominającym bazgroły lekarza pierwszego
kontaktu. Bez zastanowienia dopisuję Cito. Nawet charakter pisma się zgadza
jak byśmy to razem studiowali Bóg wie na jakim uniwersytecie.
Teraz tylko potrzeba żeby klisza pękła i będę miał komplet badań. Mruczę tak
sobie pod nosem na wszelki wypadek.
Nabrać powietrza w płuca nie ruszać się i nie oddychać. Badanie pilne,
odbiór jeszcze tego samego dnia. Raniutko na trzeci dzień walimy do
szpitala. Przed wejściem ostatni papieros , jeszcze kilka głębszych sztachów
i jesteśmy na izbie przyjęć. Za chwilę zjeżdża windą młodziutka lekarka,
żona tłumaczy co i jak z EKG, chwila wahania z jej strony i ląduję na
Kardiologii. Jest piątek dostaję przystawkę na korytarzu i czekam.
Przychodzi sobota nic, niedziela nic, w poniedziałek EKG
Wtorek nic, środa test wysiłkowy. Środek zimy palić się chce jak jasna
cholera. Papierosy i zapałki noszę przy sobie w pidżamie. Zapalił bym i boję
się. Widzę wokoło męczących się ludzi. Siłą woli wytrzymuję piąty dzień bez
papierosa. Ból głowy minął sam, zaraz po wyjściu z przychodni. Wiem coś nie
coś na ten temat, bo ja jestem z tych wrażliwych na stres. Jeszcze jedno
badanie, jeszcze coś tam sprawdzają i znów piątek, sobota, niedziela. Lekarz
prowadzący unika jakoś ze mną ze mną szczerej rozmowy w cztery oczy.
Ordynator w ogóle nie podchodzi do mojego łóżka...
Od kilku dni jestem już na sali a więc elegancja Francja. Żona co dzień
przynosi wałówkę. Żyć nie umierać jednym słowem, gdyby nie ta wredna choroba
serca.
Nie palę już dziesiąty dzień. Lekarz napomyka coś o wypisie. No i po dwóch
tygodniach pobytu w szpitalu jestem nareszcie w domu. Nie palę i jakoś nie
ciągnie mnie zbytnio. Boję się, łykam przecież pastylki. Po miesiącu
wyrzucam pomiętą paczkę do kosza.
Jestem wolny od nałogu.
Pieniążki cieszą się hałasując wesoło w kieszeni. Po jakimś dopiero czasie
dowiedziałem się, że te pół pastyleczki co łykam dziennie na to moje
"schorowane serce" to jakaś tam odmiana zwykłej aspiryny.
To niepokojące kołatanie serca to przez tą grubą jędzę wciskającą się bez
kolejki. Wystarczyło by dać jej wtedy w mordę i byłoby po sprawie. Na pewno
od razu bym się uspokoił.
No ale co, zacząć palić? Chyba bym musiał na głowę upaść.
Czy ktoś wyobraża sobie wymyślniejszą pułapkę niż ta którą założył na mnie
Pan.
Wierzę, że to tylko i wyłącznie dla mojego dobra.
To co opisałem w tych kilku zdaniach to szczera prawda nie jakieś tam
opowiadanie oparte niby na faktach autentycznych. Ja to po prostu przeżyłem
osobiście.
No i proszę można rzucić palenie - można. Tylko trzeba tego dobrze chcieć.
Puścił bym w tym miejscu teraz oczko, ale tak jakoś na papierze nie za
bardzo mi jeszcze wychodzi...
Andrzej
From: "Krait" <krait gazeta.pl>
Subject: =?iso-8859-2?Q?Re:_Palenie_mo=BFna_rzuci=E6...?=
Użytkownik "Okoń" <apawlicki poczta.tp.pl> napisał w wiadomości
news:eugdmm$70v$1 nemesis.news.tpi.pl...
> Wyższa matematyka
>
> Pozbycie się nałogu palenia papierosów nie jest prostą sprawą jak by się
> mogło wydawać.
No, poparz... A tu:
http://zza.fora.pl/viewtopic.php?t=102&postdays=0&postorder=asc&start=45
ludzie się tak zmagają.
Napisz im coś fajnego. :-)
Krait
From: Tercel <tercel gazeta.pl>
Subject: Re: alkoholik czy nie?
Goblin [Łódź] napisał(a):
> Mam takie pytanie. W sumie chodzi o definicję słowa alkoholik. Zastanawiam
> się, czy można pić co dzień alkohol i nie być przy tym alkoholikiem?
> Będę wdzięczny za wasze przemyślenia.
>
> Pozdrawiam
Zdecydowanie można. Sam to przerabiałem. Piłem dwa lata codziennie nie
upijajac się bardzo. Później skończyłem na terapii. Teraz nie pije 9 lat.
Pozdrawiam i zyczę powodzenia.
From: Abstynent <bb.mull WYWALTOgmx.net>
Subject: Re: alkoholik czy nie?
Tercel wrote:
>=20
>=20
> Goblin [=A3=F3d=BC] napisa=B3(a):
>=20
>> Mam takie pytanie. W sumie chodzi o definicj=EA s=B3owa alkoholik.
>> Zastanawiam
>=20
>> si=EA, czy mo=BFna pi=E6 co dzie=F1 alkohol i nie by=E6 przy tym alkoh=
olikiem?
>=20
>> B=EAd=EA wdzi=EAczny za wasze przemy=B6lenia.
>=20
>>=20
>=20
>> Pozdrawiam
>=20
> Zdecydowanie mo=BFna. Sam to przerabia=B3em. Pi=B3em dwa lata codzienni=
e nie
>=20
> upijajac si=EA bardzo. P=F3=BCniej sko=F1czy=B3em na terapii. Teraz nie=
pije 9 lat.
>=20
A co Ty rozumiesz przez "alkoholik"...?
From: Abstynent <bb.mull WYWALTOgmx.net>
Subject: Re: alkoholik czy nie?
....:::WISKOLER:::... wrote:
> Na grupie *pl.soc.uzaleznienia*, dnia 17 marzec (sobota),
> znalaz=B3em donos TW *Goblin [=A3=F3d=BC]*,
> o tre=B6ci cytowanej poni=BFej:
>=20
>> Mam takie pytanie. W sumie chodzi o definicj=EA s=B3owa alkoholik.
>> Zastanawiam si=EA, czy mo=BFna pi=E6 co dzie=F1 alkohol i nie by=E6 pr=
zy tym
>> alkoholikiem? B=EAd=EA wdzi=EAczny za wasze przemy=B6lenia.
>>=20
>> Pozdrawiam
>=20
> Mo=BFna.
> Przecie=BF alkoholik to nie jest osoba pij=B1ca alkohol. To zesp=F3=B3 =
zmian jakie
> on powoduje w psychice cz=B3owieka uzaleznionego.
Powiedzialbym raczej "chorego"..
--=20
Pozdrawiam
Bogdan
From: Abstynent <bb.mull WYWALTOgmx.net>
Subject: Re: alkoholik czy nie?
Goblin [=A3=F3d=BC] wrote:
> Mam takie pytanie. W sumie chodzi o definicj=EA s=B3owa alkoholik. Zast=
anawiam
> si=EA, czy mo=BFna pi=E6 co dzie=F1 alkohol i nie by=E6 przy tym alkoho=
likiem?
> B=EAd=EA wdzi=EAczny za wasze przemy=B6lenia.
Mozna pic codziennie i nie byc alkoholikiem (czlowiekiem chorym na zespol
uzaleznienia alkocholowego)
Takich ludzi okresla sie "pijakami". Tacy ludzie pija, bo _chca_ pic
Alkoholik to jednostka chora, ktora pije, bo "musi" - bez kolejnej dawki
alkoholu nie potrafi egzystowac...
W Polsce, jakims dziwnym trafem, ludzi, ktorzy sa chorzy (alkoholicy)
powszechnie sie potepia i dyskwalifikuje.
Pijakom zas, ktorzy _pija_ _z_ _wlasnej_ _woli_ , czesto skazujac ich
rodziny na nedzne zycie, sprzyja sie powszechnie...
--=20
Pozdrawiam
Bogdan
From: Abstynent <bb.mull WYWALTOgmx.net>
Subject: Re: alkoholik czy nie?
Ole Bule wrote:
> Definicja, powiadasz? Bedzie za kazdym razem inna - zaleznie od tego kto
> alkoholizm zdefiniuje.
>
> Moim skromnym zdaniem, o alkoholizmie (podobnie jak o narkomanii,
> workoholizmie, uzaleznieniu od sexu, itp) mozna mowic wtedy kiedy ta forma
> spedzania :-) wolnego czasu przejmuje kontrole nad zyciem.
>
> Slowem, nie jest alkoholikiem ten kto pije duzo, ani nawet czesto jesli
> nawyk ten nie bierze gory nad praca, rodzina, kontaktami z innymi.
> Wliczylbym rowniez kwestie zdrowotne; jesli kac nie przeszkadza w
> codziennosci to... alkohol pity w miare nie szkodzi nawet w najwiekszych
> ilosciach...
Glupstwa pleciesz...
- i nie mowie tego zlosliwie, tylko nie zabieraj, prosze glosu na temat o
ktorym, jak widze nie masz zielonego pojecia...
From: "1dwa_ann" <1dwa gazeta.pl>
Subject: Odp: Na grupe
Przerabialam to samo....
Moze warto sprobowac zalapac sie na program substytucyjny...??? (polecam
bunandol-metadon mniej..)
Mi pomoglo... ponad 3letni ciag heroinowy w koncu przerwany... calkowita
trzezwosc 1 raz - tak na serio od jakis 7 latek....
Z tego mozna sie wygrzebac...
Powodzenia... 3mam kciuki!
Użytkownik "Ole Bule" <adresmusibyc vp.pl> napisał w wiadomości
news:eqt5lc$iqu$1 news.onet.pl...
> Nie ma to jak uzaleznic sie od heroiny i w czasie trzech lat stracic swoje
> mieszkanie, zrujnowac dokumentnie swoja ekonomie i nie widziec innego
> wyjscia jak tylko cpac dalej...
From: "1dwa_ann" <1dwa gazeta.pl>
Subject: Odp: Narkotyki
Jakiej pomocy oczekujesz..? :-/
Użytkownik "BIMON" <bimon poland.pl> napisał w wiadomości
news:enki1t$7f6$1 aioe.org...
> Jestem młodym chłpakiem ktury bierze od 4 misiecy i chciał bym prosić o
> pomoc
From: "1dwa_ann" <1dwa gazeta.pl>
Subject: Odp: Szukam chętnych do tworzenia portalu.
A ja polecam i wole forum.akcjasos.pl ->jazzgot/alkoholizm
Użytkownik "Fizzzi" <fizzzi NIE_DLA_SPAMU.op.pl> napisał w wiadomości
news:20070112223744.61bb69e6 fizzzi-komp...
Stworzyłem stronę internetową, taki wolny portal. Każdy może zostać jego
współautorem. Jest wolnodostępny dla wszystkich. Ja tylko to wszystko
nadzoruje żeby wszystko działało jak powinno. Zapraszam Was serdecznie.
Sam mam problem z uzależnieniami dlatego też stworzyłem dział medycyna.
Mam nadzieje że zaszczycicie mnie swoim udzialem. Stronę jak narazie
odwiedza około 40 unikalnych użytkowników dziennie, ale liczba ta będzie
się systematycznie zwiększać. Zapraszam do edycji -
http://www.fizzzi.prv.pl Nasz portal redaguje juz kilka osob, czesc
jest ze srodowiska zwiazanego z uzykami. Jak narazie kompletuje załoge.
--
WWW: http://fizzzi.prv.pl
Fizzzi is Registered Linux User: 405773
From: "...:::WISKOLER:::..." <ROT13_jvfxbyre vagrevn.cy>
Subject: Re: alkoholik czy nie?
Na grupie *pl.soc.uzaleznienia*, dnia 5 kwiecień (czwartek),
znalazłem donos TW *Abstynent*,
o treści cytowanej poniżej:
> Powiedzialbym raczej "chorego"..
Chory to on jest wtedy jak się zdiagnozuje.
--
....:::WISKOLER:::...
Stirlitz szedł nocą przez las. Nagle zobaczył na drzewie świecące oczy.
- Sowa - pomyślał Stirlitz.
- Sam jesteś sowa - pomyślał Bormann.
From: "Ole Bule" <adresmusibyc vp.pl>
Subject: Re: brown...etc
"1dwa_ann" <1dwa gazeta.pl> skrev i meddelandet
news:ev6bf5$hk5$1 inews.gazeta.pl...
> Uzaleznieni od opiatow... jestescie tu..?
> Jak sobie radzicie...?
> Ja zyje bez - juz jakis kawal czasu... MOZNA!
Napisz wiecej! :-O
From: Abstynent <bb.mull WYWALTOgmx.net>
Subject: Re: alkoholik czy nie?
....:::WISKOLER:::... wrote:
> Na grupie *pl.soc.uzaleznienia*, dnia 5 kwiecie=F1 (czwartek),
> znalaz=B3em donos TW *Abstynent*,
> o tre=B6ci cytowanej poni=BFej:
>=20
>> Powiedzialbym raczej "chorego"..
>=20
> Chory to on jest wtedy jak si=EA zdiagnozuje.
Chmmmm....,
- to twierdzisz, ze chory np. na cukrzyce dopiero po zdiagnozowaniu dosta=
je
tej choroby...?
Poza tym - zdrowych, spokojnych, a przede wszystkim bezalkoholowych Swiat=
....
From: "Okoń" <apawlicki poczta.tp.pl>
Subject: Nikt tu ze mną nie wytrzymał
Nikt tu ze mną nie wytrzymał.
Wino lało się wtedy strumieniem
życie było "Patykiem pisane".
Wieczór - śpiewy i piski panienek
mokry ręcznik na głowie zaś ranem.
I tak co dzień, co miesiąc, co roku
jak te chwile mój Boże zleciały.
Teraz w końcu ocknąłem się z "pykiem"
błędy swoje na wskroś zrozumiałem.
Lecz cóż z tego gdy przełyk spalony,
gdy gangrena gardło me toczy.
Rura prosto w żołądek wepchnięta
przez nią zupę przetartą mi tłoczą.
Anioł stróż już mnie dawno porzucił
nie miał ze mną rzecz jasna tu życia.
Które wciąż się składało z awantur
z pijaństwa i mordobicia...
("Patykiem pisane" Popularna nazwa taniego wina )
(Pyk nazwa "Wody brzozowej" Pijąc ją słychać jak pyka)
Andrzej
From: "1dwa_ann" <1dwa gazeta.pl>
Subject: Odp: brown...etc
Ole Bule wrote:
> "1dwa_ann" <1dwa gazeta.pl> skrev i meddelandet
> news:ev6bf5$hk5$1 inews.gazeta.pl...
>> Uzaleznieni od opiatow... jestescie tu..?
>> Jak sobie radzicie...?
>> Ja zyje bez - juz jakis kawal czasu... MOZNA!
>
> Napisz wiecej! :-O
eee... a co..? jesli chodzi o ciekawosc jedynie to ja chromole... nie pisze!
;-)
From: "...:::WISKOLER:::..." <ROT13_jvfxbyre vagrevn.cy>
Subject: Re: alkoholik czy nie?
Na grupie *pl.soc.uzaleznienia*, dnia 7 kwiecień (sobota),
znalazłem donos TW *Abstynent*,
o treści cytowanej poniżej:
> Chmmmm....,
> - to twierdzisz, ze chory np. na cukrzyce dopiero po zdiagnozowaniu dostaje
> tej choroby...?
>
> Poza tym - zdrowych, spokojnych, a przede wszystkim bezalkoholowych Swiat...
Ja nie twierdzę, ja wiem. Spytaj się takiego spod sklepu czy jest chory, to
Ci odpowie: pewnie, głowa mnie boli i suszy mnie.
Zupełnie czym innym jest być chorym a zupełnie czym innym wiedzieć o tym.
Jeszcze nie spotkałem na swojej drodze alkoholika PRZED diagnozą, który
mówiłby o sobie że jest chory.
Z tym że trzeba rozgraniczyć o czym mówimy, czy o tym że kogoś uważamy za
czynnego alkoholika czy o kimś kto jest zdiagnozowanym i niepijącym chorym
człowiekiem.. Natomiast o cukrzycy to Ci lekarz powie, a nie Ty sam. W
wypadku alkoholizmu, żaden lekarz tego nie wmówi pacjentowi. No chyba że
weźmiemy wypisy ze szpitala w których mu to znaleźli.
Jest teraz tylko pytanie czy on to przyjął do wiadomości i coś dalej robi w
kierunku leczenia czy nie.
Również zdrowych i spokojnych świąt... Zwłaszcza modreatorom grupy...
--
....:::WISKOLER:::...
Ktoś zapukał do drzwi.
-Bormann - pomyślał Stirlitz
-Tak, to ja - pomyślał Bormann
From: "Ole Bule" <adresmusibyc vp.pl>
Subject: Re: brown...etc
>> Napisz wiecej! :-O
>
>
> eee... a co..? jesli chodzi o ciekawosc jedynie to ja chromole... nie
> pisze!
> ;-)
Chodzi o cos wiecej; o rade (?) opis jak sobie radzilas z nalogiem (?) moze
jakies wskazowki?
Napisalas tylko, ze "mozna" - i owszem, nie watpie w to, ale pytanie, jak
sobie z tym dalas rade?
Ja pale here juz od kilku lat. Niby nic wielkiego, normalnie pracuje, mam
zone, wiode przykladne ;-) zycie, ale moj nalog mnie zjada - kazdego dnia
coraz bardziej.
Czasami robie przerwy. Najdluzsza odkad zaczalem swoja przygode z hera
trwala 9 miesiecy. Jednak wciaz wracam i boje sie, ze kiedys wsiakne,
przepadne, strace wszystko...
Pozdrawiam!
From: "1dwa_ann" <1dwa gazeta.pl>
Subject: Odp: brown...etc
Hm... dziwie sie ze jescze ci sie nie sypnelo wszytsko i jestes w stanie
zapracowac na nalog... mi sie to nigdy nie udawalo...brak sil do pracy w
pewnym momencie i wszystko naraz sie sypie... Nawet nie wiem kiedy...
Podziwiam Cie ze jestes w stanie robic "przerwy"... ja nie wiem jak to
mozliwe...kazda "przerwa" byla u mnie przymusowa i konczyla sie gdy tylko
znow byl przyplyw gotowki (generalnie kazda przerwa meczyla jeszcze
bardziej...).
Prob bylo wiele... wiadomo... niektore bardziej ambitne inne mniej... ale
generalnie bez powodzenia na dluzsza mete... I z reguly powroty byly coraz
to mocniejsze... coraz mocniej ryjem po glebie... Detoxy... osrodek... jak
to bywa... W koncu - program substytucyjny... nie metadon (jakos mnie
przeraza ten mietek) - bunandol... 1 w miesiacu odbierasz recepte,kupujesz
proszki... i w koncu - daaawno zapomniane uczucie wolnosci...spokoju
(oczywiscie zludne-w koncu to nadal opiaty..) Zaczelo sie dzialanie na
nowo... budowanie od podstaw wszystkiego... Na poczatku byla wrecz
euforia...potem przyszla codziennosc... ale z nia chec zjechania w dol z
proszkami...-wcale nie tak ciezko przyszlo,wrecz bezbolesnie (porownujac do
odstawien helu..)... W koncu moment wyzerowania totalnego...o tyle nie
drastyczny ze czlowiek sobie wybudowal juz jakis swoj tryb zycia,odnalazl
sie we wszystkim..wiadomo.. z lekka szok... ale nieduzy stosunkowo...
Pozatym w jakis sposob w glowie ten czas z bunandolem zalicza sie do
abstynencji - chociazby z uwagi na to ze czlowiek dziala,jest
aktywny...zmienia sie... wiec odstawienie substytutu widnieje w glowie
poniekad jako dalszy ciag zmian od momentu niecpania..
Nie wiem czy to jest dla kazdego...nie wiem nawet czy dla mnie to w dalszym
ciagu bedzie udana terapia... W kazdym razie bylam na tyle wymeczona ciagami
ze bunandol wydawal mi sie zbawieniem - wyjsciem z sytuacji(na dzien
dzisiejszy-nadal jest)... Znam ludzi ktorzy zaklinali sie ze gdyby mieli
podporke w postaci proszkow - wyszli by na 100... no i zong... okazalo sie
ze dla nich to jednak za malo... leprzy metadon jak juz... a najlepiej
hera... Wszystko zalezy chyba od tego czego sie oczekuje od programu.... czy
poprostu zastepstwa... czy moze traktuje sie to jako wygrzebywanie z
nalogu...
Wiem ze heroina zawsze bedzie siedziala mi w glowie... ze niepozbede sie
nigdy do konca humorkow moich - bo mi sie chce...i wszystko jest do dupy...
Ech. Natomiast ciesze sie cholernie ze udaje mi sie bez tego scierwa... ze
jestem w stanie przesiedziec na "duposcisku" ze potrafie nie ulegac sobie
samej... Oczywiscie sa momenty gdy mam wszystkiego dosyc...gdy uswiadamiam
sobie ze juz zawsze bede miala "cisnienie" od czasu do czasu.... ale tak to
jest. Wiesz zapewne jak cholernie trudne jest odstawienie tego scierwa...
Wiec poki co - jestem zajebiscie zadowolona z siebie ze mi sie to do tej
pory udaje i nie chce zeby to poszlo na marne..
Pozdrowka...
Ole Bule wrote:
>>> Napisz wiecej! :-O
>>
>>
>> eee... a co..? jesli chodzi o ciekawosc jedynie to ja chromole... nie
>> pisze!
>> ;-)
>
> Chodzi o cos wiecej; o rade (?) opis jak sobie radzilas z nalogiem
> (?) moze jakies wskazowki?
>
> Napisalas tylko, ze "mozna" - i owszem, nie watpie w to, ale pytanie,
> jak sobie z tym dalas rade?
>
> Ja pale here juz od kilku lat. Niby nic wielkiego, normalnie pracuje,
> mam zone, wiode przykladne ;-) zycie, ale moj nalog mnie zjada -
> kazdego dnia coraz bardziej.
>
> Czasami robie przerwy. Najdluzsza odkad zaczalem swoja przygode z hera
> trwala 9 miesiecy. Jednak wciaz wracam i boje sie, ze kiedys wsiakne,
> przepadne, strace wszystko...
>
> Pozdrawiam!
From: "Kendo" <kendo gmail.com>
Subject: Re: potrzebuje waszej historii
Użytkownik "Himera" <Himera anadnaszawsiaprzelecialmeteoryt.org> napisał w
wiadomości news:f1t90o$a9t$2 inews.gazeta.pl...
> podzielcie sie ze mna historia waszego uzaleznienia.
> prosilabym o podanie takich danych jak wiek, plec, uzaleznienie od czego?
> od jakiego czasu, sytuacja rodzinna.
> prosze o kontakt na -mail himera24 gazeta.pl
>
Poczytaj sobie tu: http://pijaczek.republika.pl/prv0.html
--
Pozdrawiam serdecznie,
Kendo
From: GenoFefGnoM <o-rety wp.pl>
Subject: alkoholizm
Ja osobiście nie rozumiem jak można popaść w alkoholizm (głód
alkoholowy) Piłem alkohol przez wiele lat, czasem codziennie, a nie
wpadłem w nałóg. Nie ciągnie mnie do alkoholu, a żadnego głodu nie
czułem i nie czuję. A piłem alk od 17 roku życia. Co innego papierosy,
paliłem przez 7 lat, ale rzuciłem 8 lat temu, i rzeczywiście było
ciężko, paliłem 2 paczki dziennie.
W moim przypadku alkohol nie uzależnia.